Korona Maratonów Polskich

Korona Maratonów Polskich (2013-2015)

Po ukończeniu Silesia Półmaratonu wielu znajomych zaczęło mnie namawiać do wystartowania na królewskim dystansie. Początkowo uważałem, że za krótko biegam, żeby podjąć takie wyzwanie i w zasadzie nie miałem takiego celu, aby od razu tego samego roku przebiec również maraton. Nie miałem żadnej koncepcji treningowej – zwyczajnie mniej lub bardziej regularnie starałem się biegać z różną intensywnością, żeby nie wypaść z rytmu i nie stracić tego co już wypracowałem. W międzyczasie udało mi się porozmawiać z kilkoma osobami, które już mają maraton za sobą i ostatecznie dałem się przekonać do startu. Był maj, maraton w Warszawie we wrześniu, wiec teoretycznie był czas na przygotowanie. Miałem jakiś obraz tego co mnie czeka bo wysłuchałem wielu porad i relacji osób bardziej doświadczonych, którzy przebiegli nie jeden maraton. Jednak mimo jakiejś wiedzy, nie wiedziałem jak mój organizm zareaguje na tak duży wysiłek fizyczny.

Jesienny start

Mój pierwszy start na królewskim dystansie przypadł zgodnie z planem na Maraton Warszawski (29 wrzesień 2013). Nie za bardzo wiedziałem, czego się spodziewać, zwłaszcza w drugiej połowie biegu, bo przebiegniecie półmaratonu miałem już przecież za sobą, ale dalej to była wycieczka w nieznane. Wielu moich znajomych, którzy wcześniej ukończyli inne maratony, ciągle mi powtarzało, że pierwszy raz maraton biegnie się dla samego siebie, dla swojej satysfakcji. Nieważny jest osiągnięty czas. Ważne jest, żeby na spokojnie zmierzyć się z dystansem, zdobyć doświadczenie i dopiero później wyciągnąć wnioski i przeprowadzić analizę. Tak też zrobiłem. Potraktowałem ten pierwszy maraton jako test. Początkowo biegło mi się łatwo, nie narzucałem sobie zbyt wysokiego tempa. Do połowy równo bez przerw, w drugiej połowie nie chciałem się zbytnio forsować, więc pokonałem ją metodą Gallowaya, stosując marszobieg. Bardzo dobrym wyznacznikiem odległości były dla mnie rozmieszczone do kilka kilometrów punkty odżywcze, które idealnie pasowały na krótkie przerwy w trakcie biegu. Do mety dobiegłem z czasem 04:49:50, co w zasadzie wobec braku planu treningowego i jakiegoś konkretnego czasu, który chciałem osiągnąć, było jak najbardziej satysfakcjonującym rezultatem. To uczucie na mecie „Ufff, udało się!” jest po prostu bezcenne. Po maratonie w Warszawie powstało pytanie, co robić dalej z moimi biegami. W zasadzie trenowałem nieregularnie, bo też zima nie zachęcała do treningów na świeżym powietrzu (zwłaszcza jak ludzie zaczęli palić w piecach…). W międzyczasie kupiłem bilety na Wielkanoc i długi weekend majowy do Azji. Wiedząc, że wróće kilka dni przed maratonem, mocno się zastanawiałem czy zapisanie się na bieg w Krakowie ma sens. Po dłuższym namyśle jednak zdecydowałem się, a strategia była taka, żeby być na tyle w formie, żeby w jakoś przebiec maraton.

Kolejne wyzwanie

Do Polski wróciłem 6 maja, wiec miałem niecałe 2 tygodnie, aby najpierw rozprawić się z jetlag’iem, jakoś się rozbiegać i złapać chociaż minimum kondycji. 18 maja 2014 zameldowałem się na starcie Cracovia Maratonu. Wiedziałem, że ten maraton nie będzie łatwym biegiem ze względu na mój wyjazd. Jak nie trudno się domyślić, będąc na urlopie raczej nie trenowałem regularnie, żeby nie powiedzieć, że wcale… Na starcie moje podejście było takie, że co ma być to będzie, najwyżej nie dobiegnę. Ku mojemu zdziwieniu pierwsza połowa biegu minęła bardzo spokojnie – jednak nogi mają pamięć 🙂 Wydawało mi się, że nic nadzwyczajnego się nie wydarzy, aż w okolicach 31km nagle złapał mnie skurcz w lewej nodze. Ewidentnie było to spowodowane brakiem treningu w ostatniej fazie przed biegiem… Gdyby to mi się przydarzyło w początkowej fazie, to pewnie nie skończyłbym tego biegu. A, że było bliżej niż dalej to chwilę odczekałem, rozchodziłem i ruszyłem dalej. Od razu zdałem sobie sprawę, że jak tylko zaczynam biec to skurcz powraca, więc nie pozostało mi nic innego jak iść w kierunku mety… Straszna nuda. Na szczęście po około 30 minutach spaceru mięśnie trochę odpoczęły i dałem radę truchtać w kierunku mety. Kraków pod względem czasu był jedynym maratonem, który ukończyłem z wynikiem ponad 5h (Czas netto 05:08:08). Ważne, że się udało dobiec do mety w regulaminowym czasie i zaliczyć maraton. Tak sobie pomyślałem po czasie, że miałem szczęście, że tylko na małym skurczu się skończyło, bo mogło być o wiele gorzej. W każdym razie wnioski na przyszłość wyciągnąłem…

Trening czyni mistrza, tylko trenować trzeba z głową…

Kolejnym etapem na drodze do zdobycia Korony był Wrocław. Przekonałem się na własnej skórze biegnąc maraton w Krakowie czym grozi niedostateczne przygotowanie do biegu. Mając do dyspozycji 4 miesiące do kolejnego maratonu, postanowiłem się dobrze do niego przygotować. Przeglądnąłem sporo stron w internecie, zajrzałem na różne fora i wydawało mi się, że znalazłem odpowiedni plan treningowy dla siebie. Postanowiłem zwiększyć liczbę treningów do 4 na tydzień, co spowodowało, że przebiegałem średnio miedzy 60-70 km tygodniowo. Pierwsze dwa miesiące minęły zgodnie z planem. Ale znowu popełniłem błąd polegający na tym, że tylko biegałem i nie robiłem żadnych innych ćwiczeń wspierających. W połowie planu treningowego odezwało się lewe kolano. Początkowo myślałem, że to czasowe przemęczenie i po 2-3 dniach odpoczynku ból minie i będę mógł wrócił do założonego planu. Jednak nawet po odpoczynku ból w kolanie powracał. I tak zrobiło się miesiąc do maratonu, a ja nie wiedziałem co mi jest. Poszedłem skonsultować kolanko do ortopedy. Lekarz jednak postawił bardzo ogólną diagnozę, że to typowe kolano biegacza -”proszę tego kolana nie nadwyrężać, nie przemęczać i powinno być ok”. Jak mu powiedziałem, że za miesiąc biegnę maraton, to nie miał za ciekawej miny i nawet zdecydowanie odradził mi ten pomysł. No cóż, ja miałem swój plan, z którego nie zamierzałem rezygnować, więc ograniczyłem trochę treningi i wersji „lekko odchudzonej” skończyłem swój plan treningowy przed samym maratonem. I tak nadszedł wrzesień – czas startu w trzecim z kolei maratonie w mojej historii.

Biegając we Wrocławiu

Wrocławski Maraton odbywał się 14 września 2014. Wcześniej umówiłem się z kolegą, że pobiegniemy ten maraton razem. Pierwsza połowa minęła zgodnie z planem, biegliśmy razem, równym tempem. W drugiej części zacząłem się oszczędzać, bo jednak powoli zaczął się pojawiać ból w kolanie. Tradycyjnie przełączyłem się na marszobieg między punkami żywieniowymi i tak bez większych problemów dotarłem do mety. Czas na mecie 04:56:28 – bez rewelacji, ale maraton zaliczony 🙂 Miałem cały czas w głowie, że za cztery tygodnie, czyli 12 października 2014, startuje w maratonie w Poznaniu. Przedostatni w kolejności do zaliczenia Korony, wiec nieważny był krótki odstęp między biegami. Trzeba było to zrobić, bo kolejny maraton w Poznaniu za rok więc nie ma innej opcji. Tym razem biegłem z dwoma kolegami, co okazało się być kluczowe z punktu widzenia osiągniętego czasu. Jak się okazało, organizm szybko się regeneruje, bo trzymałem się kolegów „na zająca” aż do 30km praktycznie bez przerwy. Później widząc, że czas mam i tak dobry trochę odpuściłem, żeby nie zamęczyć kolana. Na mecie zameldowałem się z czasem netto 04:34:04 i tym wynikiem poprawiłem poprzednią życiówkę o ponad 15 minut. Wreszcie jakiś sukces 🙂 Bardzo miło wspominam Poznań, tym bardziej, że dzień wcześniej wieczorem oglądaliśmy na rynku w Poznaniu mecz piłki nożnej Polska – Niemcy, wygrany przez polską reprezentację 2:0. Może to było jakąś inspiracją do życiówki?

Perła w koronie

Ostatnim biegiem, który musiałem ukończyć, aby zdobyć Koronę, był Maraton Dębno. Mieszkam w Katowicach, do Dębna mam ponad 500km, więc sam w sobie dojazd i powrót stanowiły mały maraton, a gdzie jeszcze bieg… Maraton Dębno odbywał się 12 kwietnia 2015, a więc wyjechałem z Katowic już w sobotę rano. Po południu odebrałem w Dębnie pakiet startowy i dalej pojechałem na nocleg, oddalony od startu maratonu o prawie 70km… Dębno to małe miasto i też najmniejszy maraton zaliczany do Korony, a co za tym idzie, nie wszyscy są w stanie nocować blisko. Dobrze, że bieg zaczyna się o godz. 11:00, więc nie trzeba wstawać w środku nocy, żeby dojechać na start. Ze względu na zmianę pracy kilka miesięcy wcześniej, trenowałem w tak zwanym międzyczasie i gdzie się dało. Nie było mowy o jakimś planie treningowym, czy też regularności. Duża liczba wyjazdów służbowych sprawiła, że wracałem do domu o różnych godzinach, często nie mając już siły na trening. Więc cel był tylko jeden – to jest ostatnie brakujące ogniwo do zdobycia Korony, więc mimo sporego dystansu do przejechania, postawiłem wszystko na jedną kartę i podjąłem decyzję, że biegnę. Był mały stresik, bo na ukończenie maratonu w Dębnie zgodnie z regulaminem jest 5 godzin. Więc pierwszą połowę biegłem tak, żeby wypracować jakiś bezpieczny zapas czasowy, a drugą połowę tak starałem się zarządzać czasem, żeby się w tych regulaminowych 5h zmieścić. Do mety dobiegłem z czasem 04:54:48, więc udało się z małą zakładką czasową. Ma mecie jeszcze dłuższą chwilę siedziałem i sam nie wierzyłem, że to się udało. Zmęczenie po biegu było tak ogromne, że nie za bardzo byłem w stanie zjeść posiłek, który później był podawany. Tak się złożyło, że ten maraton jeszcze mi się nałożył z wyjazdem służbowym do Warszawy. Ok. godz 17:00 ruszyłem z Dębna i dopiero przed 23:00 dojechałem do hotelu w stolicy. Do Katowic wróciłem następnego dnia w poniedziałek wieczorem, pokonując przez weekend w sumie ok 1500km. Ten weekend to nie był zwykły maraton, tylko mega maraton. Ważne, że zakończony pełnym sukcesem!

Co mi dał ten projekt?

Na pewno dał wielką satysfakcję, że pomimo bycia totalnym amatorem biegania, dałem radę zaczynając z poziomu zerowego udźwignąć kondycyjnie dystans maratoński – co nie jest rzeczą łatwą. W trakcie tych pięciu maratonów widziałem wiele osób, które nie dawały rady. Niektórzy nawet tracili przytomność i kończyło się w karetce na sygnale… Na pewno też bardziej poznałem samego siebie. Tak długi dystans to prawie cały czas walka ze samym sobą. W trakcie biegów było wiele momentów zwątpienia, w których nie miałem siły biec dalej, wszystko mnie bolało, a mimo wszystko szedłem, truchtałem – oby szybciej do mety. Zawsze sobie wtedy powtarzałem „trzeba walczyć, samo się nie przebiegnie”. W takich chwilach jednak cel, który sobie postawiłem wygrał, bo gdyby nie fakt, że postanowiłem ukończyć Koronę Maratonów Polskich, to nie wiem czy znalazłbym w sobie siłę i motywację do takiego ponadprzeciętnego wysiłku. W fazie treningowej popełniłem też sporo błędów. Ale jestem zdania, że błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Ważne, że wyciągnąłem odpowiednie wnioski i zmieniłem trochę podejście do formy treningów. Dzisiaj wiem jak lepiej i efektywniej trenować i mam większą świadomość możliwości własnego organizmu. Myślę, że to przełoży się spokojniejsze biegi i na lepsze wyniki w przyszłości. Finalnie, zarówno treningi jak i maratony, pomogły mi zrzucić parę kilogramów i polepszyły samopoczucie. Myślę, że to fajna dodatkowa nagroda za włożony wysiłek i pracę, która spowodowała że projekt, który był marzeniem, stał się faktem. Gdyby nie odbywający się tam maraton, pewnie nie prędko pojechałbym na drugi koniec Polski do Dębna.

Comments are closed.