Jestem Majorsem!

O co chodzi w World Marathon Majors (WMM)?

World Marathon Majors to cykl 6 największych maratonów na świecie, do których zalicza się maratony w miastach: Boston, Londyn, Berlin, Chicago, Nowy Jork oraz Tokio. Aby móc wystartować w którymkolwiek z tych maratonów nie wystarczy sama chęć uczestnictwa i zapisanie się. Ze względu na ogromną liczbę chętnych, wielokrotnie przewyższającą liczbę dostępnych miejsc, do każdego maratonu poza Bostonem jest losowanie. Można również uzyskać miejsce startowe jeżeli spełniamy kryterium kwalifikacji czasowej. A jeżeli nie mieliśmy ani szczęścia w losowaniu, ani nie spełniamy kryterium czasowego, to pozostaje zakup pakietu u touroperatora lub wsparcie współpracującej z maratonem organizacji charytatywnej – co jest zdecydowanie najdroższą opcją.

Dlaczego się zdecydowałem?

Po ukończeniu Korony Maratonów Polskich zacząłem szukać innych projektów biegowych na świecie, które można połączyć ze zwiedzaniem i tak właśnie trafiłem na WMM. Pomysł wydał mi się ciekawy, bo nie byłem jeszcze we wszystkich miastach wchodzących w skład WMM, więc czemu nie odwiedzić ich w pakiecie z maratonem? Wypełniłem zgłoszenie najpierw na Berlin, później na Nowy Jork, dalej było losowanie do Tokyo i Chicago. Jak się okazało – wszechświat mi sprzyja, bo do wszystkich tych maratonów zostałem wylosowany i to w pierwszym podejściu! Wielu moich znajomych do tej pory nie może w to uwierzyć, jak mi się ta sztuka udała. Znam kilka osób, które czekają po kilka lat i ciągle nie mają szczęścia w losowaniu. Nie pozostało mi nic innego jak zorganizować pozostałe pakiety startowe, zakasać rękawy i trenować.

Berlin

Maraton w Berlinie (25.09.2016) był dla mnie pierwszym majorsem i zarazem największym biegiem pod względem liczby startujących w jakim brałem udział do tej pory. Z Katowic do Berlina dojazd mam bardzo dobry. Pojechałem na noc w piątek Polskim Busem, i na rano byłem w Berlinie. Koło dworca szybki rogalik na śniadanie, kawa w rękę i idę zwiedzać miasto. Pogoda dopisywała, dzień szybko mijał. W trakcie zwiedzania koło południa odebrałem pakiet startowy. Jak na Niemców przystało – wszystko szybko i bezproblemowo. Wieczorem ostatnie ładowanie węglowodanów w sushi koło hostelu i idę spać bo rano o 6  trzeba wstać. Do miejsca startu miałem kilka przystanków autobusem, ale wyjechałem wcześniej żeby gdzieś w korkach nie utknąć. Dojechałem z dużym zapasem czasowym, szybka kontrola na bramkach wejściowych do sektora dla startujących, oddanie rzeczy do depozytu, toaleta i czekam na start. Sam start długo będę pamiętał, gdyż przed samym wystrzałem organizatorzy puścili na rozgrzewkę dla biegaczy kawałek Allan Parsons Project – Sirius, i od razu wróciły mi wspomnienia z nieprzespanych nocy z czasów liceum, które spędzałem na oglądaniu meczów NBA z udziałem Chicago Bulls… Startujemy szybko i płynnie. Faktycznie jest tak jak wszyscy mówili, trasa bardzo płaska, żadnych skurczów ani problemów po drodze, pogoda w sam raz. Na 42 kilometrze wyciągam polską flagę i biegnę ostatnie 200 metrów do mety. Jest życiówka i jest radość. Berlin biegowo zdobyty.

Maraton w Berlinie to bardzo dobre miejsce na zmierzenie się ze swoją życiówką. Płasko, nie trzeba praktycznie żadnej aklimatyzacji bo nie jest daleko. Nie trzeba brać urlopu bo można w zasadzie przyjechać na weekend. Organizacja bardzo dobra, piwo na mecie. Jednym słowem polecam!

Nowy Jork

Po moich pozytywnych doświadczeniach z Berlina od maratonu w Nowym Jorku (06.11.2016) oczekiwałem jeszcze więcej. W końcu największy maraton na świecie, ponad 50tyś. biegaczy, to musi zrobić wrażenie. Do NYC przyleciałem w piątek wieczorem. Trochę późno i mało czasu na aklimatyzację, ale co zrobisz, jak nic nic zrobisz. Dramat podróżnika pracującego w korpo na etacie, który liczy każdy dzień urlopu… Z piątku już niewiele zostało, ale sobotę całą przedreptałem po Manhattanie. Odebrałem pakiet startowy i zamieniłem przed hala parę słów z ekipą z Polska Running Team a wieczorem w hotelu mój Garmin pokazuje mi, że przeszedłem 28 km… Jakieś szaleństwo, bo za 6 godzin pobudka i maraton… O 5:00 rano wychodzę z pokoju,  na ulicach spokojnie, jeszcze ciemno. Od czasu do czasu spotykam biegaczy, którzy również zmierzają w kierunku nowojorskiej biblioteki publicznej, skąd autobusy zabierają maratończyków na start. Przy samej bibliotece czekają już setki ludzi. Po ok. 30 minutach czekania udało mi się wsiąść do autobusu a po ok. godzinie jazdy przyjechaliśmy do mini miasteczka na Staten Island, skąd startuje NYC Marathon. W miasteczku wszystko było wzorowo zorganizowane. Jest kawa, herbata, wody, banany, żele i amerykańskie pączki, które wraz z czapkami rozdawał Dunkin’ Donuts. Poza tym wszędzie było rozrzucone siano (tak siano…), na którym wygodnie można było się rozłożyć czekając na start. Po wejściu do sektora startowego, gdzie emocje były już ogromne, jeszcze chwila ciszy na odśpiewanie „God bless America”. To akurat kocham w Ameryce bo zawsze ktoś śpiewa hymn przed maratonem, to ciary idą mi po plecach. Wystrzał i startujemy. Kręciłem filmy i robiłem zdjęcia na ile się dało. Trasa biegu prowadzi przez pięć dzielnic i jest bardzo urozmaicona. Są mosty, co kilkaset metrów grające zespoły i wszędzie gigantyczny doping kibiców. Wszystko szło gładko do 28 km, kiedy to złapał mnie skurcz. Organizmu nie da się oszukać. Za krótka aklimatyzacja, za dużo chodzenia dzień wcześniej i tak to się kończy. Spokojnie, marszobiegiem dotarłem do mety w central parku. Jest medal, NYC zdobyty, jest kolejny majors do kolekcji.

Maraton w Nowym Jorku okazał się niełatwym wyzwaniem. Sama trasa pełna jest podbiegów, zbiegów i mostów, na których mocno wieje wiatr. Raz mi nawet czapkę zwiało… Jak do tego doliczyć wczesną pobudkę i daleki dojazd i długie oczekiwanie przed startem to trzeba się przygotować na ciężki i męczący dzień. W moim przypadku dodatkowo jeszcze brak aklimatyzacji skończył się skurczami. I jakby tego było mało ze względu na ciągle biegnących maratończyków, za metą ulice wokół Central Parku były pozamykane, wiec musiałem iść pieszo do hotelu. Po dotarciu mój Garmin pokazał, że zrobiłem 60 km w ciągu dnia. Znajomi w hotelu polali mi dwie szklaneczki w celu nawodnienia i na tym zakończyłem ten dzień…

Tokio

Z każdym ukończonym zagranicznym maratonem nabieram innego doświadczenia i spojrzenia na bieganie połączone z podróżowaniem. Duże miasta są interesujące i oferują dużo do zobaczenia. Trzeba cały czas się kontrolować, bo łatwo dać się ponieść emocjom i „wychodzić” zbyt dużo kilometrów przed maratonem. Na maraton do Tokio (26.02.2017) postanowiłem polecieć tydzień przed biegiem, żeby mieć skalę porównawczą, czy taka długa aklimatyzacja faktycznie coś daje. I faktycznie przez tydzień nie wyjechałem poza miasto. Udało mi się sporo pozwiedzać, zrobić 3 lokalne wybiegania i odespać jet lag – co spowodowało, że miałem spokojniejszą głowę w dniu biegu. Sama organizacja maratonu też przebiegała wzorowo. Japońska precyzja imponowała, każdy wiedział co ma robić i sprawnie wszystko szło. W 2017 roku w Tokio pierwszy raz biegliśmy nową trasą, która okazała się być szybsza od wcześniejszej bo ustanowiono nowy rekord Japonii na dystansie 42.195 km. Ja czułem się świetnie, jednak dłuższa aklimatyzacja robi robotę. W trakcie biegu tradycyjnie kręciłem filmiki, robiłem zdjęcia i w zasadzie podziwiałem miasto z unikatowej perspektywy jaką mają maratończycy biegnący środkiem drogi, którą w każdy inny dzień jeżdżą samochody. Jak zwykle na metę wpadłem z polską flagą, pełen radości, że kolejny maraton za mną i to taki, do którego bardzo trudno się dostać. Szkoda tylko, że medal taki mały bo w porównaniu z medalem z NYC to wypada marnie 🙂

Maraton w Tokio będę wspomniał bardzo dobrze. Sam wyjazd nazwałbym dłuższym city breakiem, bo tydzień to akurat w sam raz żeby zwiedzić stolice Japonii. Może dzięki temu miałem czas żeby odpocząć po podróży, odespać zmianę czasu i robiąc na miejscu 3 wybiegania wystarczająco się przygotować do biegu. Przyznam, że różnica była widoczna. W trakcie biegu dużo zależy od tego jak sobie to poukładamy w głowie, więc warto dobrze przemyśleć nie tylko strategię biegową, ale również logistyczną zanim pomyślimy żeby podbiec gdzieś daleko do miasta rodzinnego.

Chicago

Maraton w Chicago (08.10.2017) był ostatnim z serii szczęśliwych losowań w pierwszym podejściu. Poza tym to był wyjazd, na którym miałem swoich klientów maratończyków. Z założenia na zwiedzenie Chicago przeznaczyliśmy 4 dni, potem w ramach odpoczynku polecieliśmy do Miami i dalej na rejs na Bahamy 🙂 Na Expo odbiór pakietów odbył się szybko, dwa dni ładowania węgli i przy prognozach, które mówiły o upale startujemy. Trochę inaczej niż w NYC bo hymn był odśpiewany w parku przed startem, nie w sektorach. Ale też pięknie i znowu była gęsia skórka i ciary na plecach. Sam bieg był bardzo dobrze przygotowany, jak to Amerykanie, wszędzie doping, dużo zespołów, wszystko super zorganizowane. I ten upał, który sięgał miejscami 29 stopni. Oprócz picia w każdym punkcie obowiązkowe było polewanie głowy i koszulki żeby się chociaż trochę schłodzić. Na mecie dostałem zimne piwo, jak w Berlinie. 4 majors w tak krótkim czasie, i to wszystko w wyniku losowania. To się mało komu zdarza.

Upalne Chicago to była kwestia taktyki. W samym mieście nie ma aż tak dużo do zobaczenia jak w NYC więc łatwo zapanować nad ilością kilometrów przed startem. Spora część biegu odbywa się między budynkami, gdzie jest trochę cienia. Jednak trzeba pamiętać zwłaszcza w końcowej fazie o ekspozycji na słońce, bo to daje się odczuć i może rozłożyć całą strategię, którą wcześniej planowaliśmy. Myślę, że dawne wspomnienia z Chicago Bulls i Michaela Jordana dodały mi siły bo mimo upału biegło mi się naprawdę dobrze.

Boston

Boston Marathon (16.04.2018) od zawsze wydawał mi się ekstra ligą. Najstarszy maraton na świecie, żadnego losowania bo większość osób dostaje się z kwalifikacji czasowej. Pewnie przybiegnę gdzieś na szarym końcu… Kilka dni przed startem organizatorzy ciągle w mailach przestrzegali przed trudnymi warunkami pogodowymi jakie przewidują w dniu maratonu. I wcale się nie przeliczyli. Wieczorem przed startem, faktycznie nie padało tylko lało, drzewa uginały się pod naporem wiatru. Rano wcale nie było lepiej. Mega zimno, cały czas padało, wiatr i temperatura odczuwalna poniżej zera. W rezultacie z 30tys. biegaczy tylko 27tys. stawiło się na starcie. W trakcie biegu też było dramatycznie. Parę minut po wyjściu z hotelu zaraz po 8 rano każdy z nas był całkowicie przemoczony. Ciągle padało i było naprawdę zimo. Jak dojechałem na start to już miałem dość. Deszcz nie przestawał padać ani na chwile. Czekaliśmy z ciepłą herbatą pod namiotem aż speaker kazał nam wyjść. I dramat. 42km przed nami a każdy przemoczony, para leci z ust a deszcz z wiatrem zacina non stop w twarz. Mam na sobie koszulkę z długim rękawem, na niej moją koszulkę z krótkim, sweter z workiem na śmieci żeby woda jakoś po mnie spływała. I jeszcze zabrałem jakąś pelerynę z ulicy, która ktoś porzucił przed startem. Tyle warstw i ciągle zimo, rękawiczki mokre, dwie przemoczone czapki na głowie. I tak przez całe 42km, nie przestało padać nawet na chwile, jakby ktoś trzymał prysznic nad głową.

Boston był najbardziej hardcorowym maratonem jaki do tej pory przebiegłem. Z tego co mówili organizatorzy warunki pogodowe były jednymi z najgorszych w 122 letniej historii tego biegu. Nie dość, że 3tyś. osób nie przyszło na start, to jeszcze 2tyś. z tych co wystartowali nie ukończyło biegu. Że też musiało akurat trafić na rok, w którym ja biegłem. Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni. Dobry prognostyk przed kolejnym startem w UK.

Londyn

Prosto z Bostonu z małym dwudniowym przystankiem w NYC poleciałem na maraton do Londynu (22.04.2018). A w Londynie upał. Zupełne przeciwieństwo amerykańskiej aury pogodowej. Londyn znam bardzo dobrze bo mieszkałem tam przez 3.5 roku wiec wykorzystałem czas na odwiedzenie znajomych. W sobotę odebrałem pakiet i jedna wielka zagadka – jak zachowa się mój organizm biegnąc drugi maraton po 6 dniach? Obiecałem sobie, że będę biegł bardzo ostrożnie bo ma mecie czeka na mnie sześciopak, tylko trzeba dobiec. Oczywiście 2 noce to trochę mało żeby odespać jet lag, więc zamiast spać przed startem przewracałem się z boku na bok, aż zadzwonił budzik o 6 rano. Od samego rana widać było, że będzie bardzo gorąco. Miejscami w ciągu dnia było ponad 24 stopnie, co z kolei spowodowało najgorętszy maraton w historii Londynu. Na 8 kilometrze z gorąca zaczęła boleć mnie głowa. Wiec oprócz regularnego picia polewałem głowę i koszulkę wodą w każdym punkcie. Miałem to już przerobione w Chicago, gdzie było jeszcze cieplej. Ludzie padali na trasie jak kawki. Patrząc po koszulkach mam wrażenie, że bardzo dużo osób biegło przypadkowo – bo dostali pakiety od firmy. Nigdy na żadnym maratonie nie widziałem tylu ledwo idących ludzi, którzy blokowali całą ulicę. Wyprzedzać można było tylko chodnikami. Dramat. Nawet w pewnym momencie pomyślałem, że przyspieszę, bo czuje się nadspodziewanie dobrze. Ale wtedy przypomniały mi się słowa profesora Jana Chmury, który zadzwonił do mnie w przeddzień maratonu mówiąc „pamiętaj jutro liczy się meta, nie wynik. Żadnych wyścigów, żadnych fajerwerków, nie przeginaj. Słuchaj organizmu”. I tak bez większych problemów dobiegłem do mety, gdzie najpierw dostałem medal za maraton, a chwile później usłyszałem „Congratulations! You did it! Here is your Six-Star Finisher medal” Duma rozpiera. Jestem 26 polskim majorsem.

Czy warto było?

Na pewno dla samych imprez biegowych zdecydowanie tak. Wszystkie biegi były dobrze zorganizowane, tysiące kibiców na trasie, setki wolontariuszy, grające kapele, tańczące cheerleaderki – w takich warunkach naprawdę świetnie się biegnie. Z drugiej strony jednak coraz większa popularność cyklu World Marathon Majors spowodowała, że setki tysięcy osób co roku musi liczyć na szczęście w losowaniu, albo wydać niebotyczne pieniądze na pakiety startowe. Przy tak dużych imprezach masowych wkurzają ciągle kolejki na expo, godzinne oczekiwanie w kolejce do toalety czy wyjazd na miejsce startu z 3-4 godzinnym wyprzedzeniem. Nie wspominając już o kosmicznych cenach hoteli bo na tani nocleg w trakcie maratonu nie ma co liczyć. Warto było, ale cieszę się, że mam już to za sobą.

Na świecie wiele jest ciekawych, mniejszych maratonów, gdzie nie ma losowania, nie czeka się wszędzie godzinami i nie trzeba wydawać kosmicznych środków na pakiet startowy. I takie właśnie biegi będę teraz wybierał na przyszłe starty.

Zostaw komentarz